— Ale kiedy ja naprawdę nic.

Prezydent czuł ciężar spojrzenia pani Elizy i dzieci dookoła, jakby nagle położono mu na grzbiecie wielki kamień. Czuł też, że z każdym słowem pogrąża się coraz bardziej, a kamień staje się cięższy i cięższy.

— Przestań. To wstrętne tak iść w zaparte. — Pani Eliza ucięła jego słabe protesty. Popatrzyła nań z góry, z potępieniem i pogardą.

Dochodzenie było skończone. Prezydent dostał sążnistą uwagę do dziennika — i za sprowadzenie na rybki okrutnej śmierci, i za kłamanie — oraz groźbę obniżenia oceny z zachowania, jeśli się nie przyzna. Przestraszył się tego bardzo, więc się przyznał. Ogłoszona przez panią Elizę anatema i jego przyznanie się do winy sprowadziły na niego również odrzucenie przez całą klasę: do końca semestru żadne dziecko nie chciało się odzywać do mordercy ryb. Ojciec Prezydenta w domu sprał syna po dupie, no bo przecież się przyznał, a skoro się przyznał, to znaczy, że był winny; przecież niewinny się nie przyznaje. Poza tym pani Eliza była cenioną nauczycielką o licznych osiągnięciach, w dodatku uwielbianą przez dzieci, a Prezydenta nie lubił właściwie nikt. To wystarczyło do wymierzenia domowej sprawiedliwości.

Wieczorem po ogłoszeniu wyroku Prezydent nie wiedział jeszcze, że przez parę miesięcy żadne dziecko się do niego nie odezwie, nie zastanawiał się więc nad tym. Kiedy po zmroku wyszedł wyrzucić śmieci, mógł myśleć tylko o niesprawiedliwie zbitej dupie. Dlatego niewiele brakowało, a byłby się nie zatrzymał na widok kilku kotów otaczających coś okręgiem. Było już prawie całkiem ciemno, a koty siedziały przyczajone na skraju światła, rzucanego przez jedyną działającą latarnię w okolicy. Prezydent cisnął śmieci do kontenera; śmietnik był wypełniony po brzegi, a nawet trochę bardziej, i worek stoczył się ze sterty na ziemię. Wszędzie rozsypały się butelki, papiery i obierki z ziemniaków, bo to były lata dziewięćdziesiąte i nikomu nie śniło się sortowanie odpadów.

Koty nadal trwały w kółeczku. Zaciekawiony Prezydent zatrzymał się na chwilę. Musiał wytężyć wzrok, by w półmroku dostrzec maleńki cień pośrodku kociego kręgu.

Z początku myślał, że mysz nie żyje, ale gdy podszedł bliżej, okazało się, że jest po prostu sztywna ze strachu. Koty rozpierzchły się spłoszone, na odgłos jego kroków. Ujął mysz za skórę na karku i odniósł daleko, na zachwaszczony kirkut. Zwierzątko ani drgnęło, skulone w pozycji płodu. Dopiero odłożone na ziemię czmychnęło w pokrzywy i zeschłe liście.

Ta uratowana mysz długo nie mogła mu wyjść z głowy. Może po prostu zobaczył w niej siebie, osaczonego przez panią Elizę i dzieci z klasy. Dlatego też nie zdziwił się, gdy nocą kilka dni później, kiedy dryfował po ciemnym morzu na granicy jawy i snu, ujrzał na krawędzi swego łóżka przycupniętą mysz. Zwierzątko wbiło w niego oczka, maleńkie i błyszczące mrokiem.

— Bądź pozdrowiony, obrońco i wybawicielu — przemówiło, a tak przynajmniej się Prezydentowi wydawało. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc nie odpowiedział nic. Myszy jednak najwyraźniej wcale to nie przeszkadzało.

— Wiedz, że mysia wdzięczność większa jest od ludzkiej. Cokolwiek uczyniłeś jednej z myszy najmniejszych, wszystkim myszom uczyniłeś. Pamiętamy i nie zapomnimy, choćby minęło sto pokoleń i dwieście. Jeśli kiedyś opadną cię koty, przybędziemy ci z pomocą.