— Co się wtedy stanie? — odważył się zapytać Prezydent.
— Będziemy się mścić. Będziemy zabijać. Wszystkie małe zwierzątka muszą trzymać się razem, bo to jedyna nasza nadzieja. Tylko razem jesteśmy groźni. Razem jesteśmy kłem, pazurem i szponem. A ty też jesteś małym zwierzątkiem. Pachniesz strachem. Pachniesz tak, jak my.
I znikła, czmychnęła gdzieś nagle, jak to myszy mają w zwyczaju, tylko pazurki zachrobotały po podłodze. A Prezydent otulił się kołdrą po same uszy i zasnął. Spał spokojnie i jasne były jego sny. Bo choć uważał mysz i obietnicę mysiej zemsty za wytwór wyobraźni, to przecież każde małe zwierzątko chce, by ktoś odpłacił za jego krzywdy.
*
Prezydent kopał grób. Kopanie grobów było przyjemną pracą. Łopata ziemi za łopatą, łopata za łopatą, jak nabieranie zupy łyżką: niby za jednym razem nic nie ubywa, ale przecież z czasem zupy jest coraz mniej, i tak samo z czasem dół robi się coraz głębszy. I miło jest pomyśleć, że ktoś będzie miał z tego grobu pożytek, że będzie sobie w nim leżał i nie żył. Dlatego powinno w nim być wygodnie.
Dobry grób znaczy nawet więcej niż dobry dom. Niektórzy ludzie nieraz całe życie spędzają w ciasnych klitkach w blokach, gdzie co prawda jest ciepło, ale jeden siedzi drugiemu na głowie, a cienkie ściany zdradzają najintymniejsze sekrety sąsiadów. Inni żyją w domach, których nigdy nie da się ogrzać jak należy, i wonieje stęchlizną, gdzie w zimowe wieczory trzeba siedzieć pod stertą koców, a i tak nie udaje się wypędzić zimna z kości.
W niedobrym domu przykro jest żyć, ale o ileż gorzej jest nie żyć w niedobrym grobie, gdzie spędzić trzeba całą wieczność aż po dzień zmartwychwstania. Przynajmniej tak było do niedawna, bo jakiś czas temu nowy proboszcz zarządził, że groby starsze niż dwadzieścia lat, którymi nikt się nie opiekuje, należy rozgrzebać i zaorać, by zrobić miejsce dla nowych zmarłych. Prezydent często widywał, jak maszyny wyrzucały wielkie grudy ziemi, białawej w barwie, bo trupy z czasem zamieniają się w wapno. Widywał i nie mieściło mu się w głowie, jakie to ma być wieczne odpoczywanie, i jaki to będzie wstyd, gdy na koniec czasów przyjdzie umarłym zmartwychwstawać po pięciu, dziesięciu albo nawet dwudziestu z jednego małego grobu, jeśli kolejni proboszczowie okażą się równie przedsiębiorczy co obecny. Będą ci zmarli tłoczyć się i cisnąć, i wchodzić jeden drugiemu na głowę, i może powstać taki tłok i ścisk, że nie wszyscy zdążą zostać odpowiednio osądzeni i zamiast do zbawienia trafią do potępienia, albo na odwrót, bo przecież w tłumie i zamieszaniu nietrudno o pomyłkę.
Prezydent zna te wszystkie cmentarne sprawy, bo od lat robi za grabarza z doskoku. Prawdziwym grabarzem był co prawda bardzo krótko, bo odkąd wszystko przejęły firmy pogrzebowe, mało kto już chce, by mu Prezydent przygotowywał dołek. Poprzedni proboszcz, ksiądz Kwiatek, porządny chłop, ulitował się nad Prezydentem i pozwolił mu kopać groby dla dzieci. Nowy już na to nie zezwala; czasem tylko przyjdzie wikary i w tajemnicy przed proboszczem pozwoli Prezydentowi wykopać jakiś grób. Zwykle dla dziecka albo biedaka bez rodziny, takiego jak sam Prezydent. Ksiądz płaci za to stówkę albo dwie i przykazuje nikomu nie mówić.
— Mnie pan powiedział — śmieje się pani Jowita Popiel.
— Bo pani to co najwyżej opisze w gazecie, a gazetom nikt nie wierzy.