— Takie złe ma pan zdanie o prasie?
— Nawet jeszcze gorsze.
Siedzą pod Kaczyńskim, czyli pod Memoriałem Smoleńskim. Pomnik znajduje się na leżącym trochę na uboczu skwerze i ma postać wbitego w ziemię ogona samolotu; spod tego ogona wystaje popiersie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Rankiem gromadzą się tu żule, po południu emeryci, wieczorami zakochani, a nocą pijana młodzież. Teraz jest ranek, pora pierwszego piwa, ale pić przy eleganckiej pani z Warszawy to w ogóle nie przystoi. Dlatego Prezydent specjalnie wstał dziś wcześnie i swoje pierwsze piwo wypił przed piątą rano. Nawet założył lepszą koszulę, niebieską w drobną kratkę, w której chodził na randki w czasach, gdy życie miało więcej sensu.
Rozmawia mu się z panią Jowitą lepiej, niż przypuszczał. Dziennikarka nie zadaje zwykłych dziennikarskich pytań. Nie docieka, nie drąży, co Prezydent robi w czasie, gdy porządni ludzie są w pracy, ani z czego żyje i z czego ma pieniądze na alkohol. Trochę go to nawet rozczarowuje, bo gdyby padło pytanie, z czego żyje, przygotował sobie zawczasu gotową odpowiedź:
— Tak sobie żyję z Bożej łaski.
Zamiast tego gadają o wielu sprawach ciekawych i nieistotnych, bo wszystkie naprawdę ciekawe rzeczy na świecie są mało istotne. Rozmawiają na przykład o Ryżym Iwanie, który co rusz podkłada łeb pod rękę pani Jowity albo natarczywie trąca ją łapą, gdy ta choć na moment przestaje go głaskać.
— Lubi panią — zauważa Prezydent.
— Bo tak się łasi?
— Gdzie tam. Lgnąłby do każdego, byle go głaskać, taka to kurwa sprzedajna. Ale on tak na panią dobrze patrzy. Powiedziałbym, że mądrze, gdybym go tyle lat nie znał.
— Nie wygląda na głupiego.