Powtarzał to bezustannie. Niezwykła radość, że raz przecie swobodnie odetchnie, owładnęła jego duszą.
Nagle zawahał się.
Tak, musi przecież zostawić parę słów Poli, że zaraz przyjdzie.
Poszukał papieru i atramentu i znowu dał się opanować roztargnieniu. Gdy przyszedł do siebie, siedział na stole z twarzą wciśniętą w dłonie.
Szał go ogarniał. Przecież nie jest wariatem! Tyle jeszcze kontroli ma nad sobą, że wie co czyni.
Wyszedł, skradając się ostrożnie po schodach i stanął w bramie. Na dworze powietrze prawie wiosenne, ciepłe i łagodne. Niedawno spadły śnieg topniał.
Wyszedł na ulicę, światło księżyca go drażniło. Nikt go nie powinien widzieć. Trwożliwie rozejrzał się dookoła. Nie ma nikogo! Nasłuchiwał: wszędzie cisza, żadnego szmeru.
Przeszedł w poprzek ulicę i szybko doszedł do rowu.
Tak, łozina była dość wysoka. Mógł się zupełnie ukryć za nią. Musi się naturalnie trzymać miejsc zacienionych. Szedł z trudnością i uciążliwie51 po gruncie stromym i rozmokłym odwilżą. Kilkakrotnie omal nie upadł, raz nawet położyć się musiał na ziemi, aby nie wpaść do rowu.
Trzymał się mocno prętów52 w ciągłej obawie, że się złamią. Po chwili jednak przekonał się, że są dość silne i giętkie.