Popadł w zupełną rozpacz.
Nie mogę wcale myśleć. Nie mogę opanować bezgranicznego roztargnienia. Zdradzę się pierwszym krokiem i będę schwytany, zanim czegokolwiek dokonam. Motłoch rozszarpie mnie w kawały!
Przypuszczenie, że zostanie rozszarpany, stało się nagle w jego umyśle zupełną pewnością. Widział, jak go otacza wściekły, dziki, drapieżny tłum. Uderzenia jak grad spadały na niego. Przypadł do ziemi, chciał uciekać, ale straszliwy cios powalił go na ziemię...
Zerwał się z miejsca, skąpany w zimnym pocie. Bezprzytomnie dopadł małej furtki w murze ogrodowym i zaczął się dobijać. Była zamknięta.
Musiał wracać! Tak. Wracać!
Stanął na miejscu. Teraz był odcięty. Po obu stronach muru ogrodowego widział szczyty i dachy domów. Nie miał już więcej siły, by wrócić tą samą drogą wzdłuż rowu. Teraz go ktoś z pewnością spostrzeże.
Począł się śmiać, pięść wetknął w usta, aby nie zawrzeszczeć i na nowo ogarnęła go straszna, przygniatająca trwoga i rozpacz.
Słyszał, jak zęby mu szczękają, wstrząsany dreszczem. Biegał bezradny tam i na powrót, wpatrując się w rów z przerażeniem. Nie, to niepodobna! Z pewnością spadnie i utonie.
Musi przeleźć przez mur. Musi! Zaciął zęby z wściekłością...
Musi!