Potknął się o wielki kamień leżący przy murze. Bez namysłu wstąpił nań, nadnaturalną siłą wydźwignął się w górę, pochwycił gąsiory55... jeszcze jeden podrzut: siedział na murze i zeskoczył w ogród.
Nie mógł oprzytomnieć. Machinalnie szedł prosto przed siebie.
Musiał tylko stłumić dławiący go kaszel. Kosztowało go to wiele trudu. I nagle kaszel dławić go począł tak silnie, że nie był w stanie się przezwyciężyć. Wetknął sobie chustkę w usta, w strasznej męczarni wydało mu się, że wszystkie żyły pękają na skroniach.
Ale nie czuł już trwogi. Dusza jego stępiała w rozpaczy i przerażeniu.
Jeśli nie było jeszcze dziesiątej, to będzie mógł wyjść przez korytarz ratusza na ulicę. Jeśli już po dziesiątej, będzie musiał zapukać do bramy. Naturalnie, nie mógł przecież siedzieć przez całą noc w ogrodzie. A zresztą, wszystko jedno, co zrobi.
Mimo woli jednak był na tyle ostrożnym, że trzymał się w cieniu.
Brama ratusza prowadząca do ogrodu nie była zamkniętą. Wydało mu się to zupełnie naturalnym, że nie była zamkniętą. Ale kiedy wszedł w długi korytarz, opanowała go trwoga.
W suterenach mieszkał przecież woźny sądowy...
Jeżeli teraz wyjdzie na korytarz, wszystko stracone...
Nagle przypomniał sobie, że Ostap mieszka w ratuszu, ale z Ostapem żył w nieprzyjaźni. No... w najgorszym wypadku mógłby się o niego zapytać.