— Wyszedłem... na spacer... opanowało mnie zmęczenie...

— A więc chodź pan do mnie na górę — rzekł Ostap, zapalił zapałkę i szedł naprzód.

Wroński trzymał się poręczy i ciężko oddychał. Zdawało mu się, że mu ktoś pierś powrozem skrępował.

— Otóż i jesteśmy... Niech pan zechce chwilę zaczekać. Muszę jeszcze pomówić z moim ojcem.

Ostap wyszedł.

Teraz trzeba mieć się na baczności! Wroński zadrżał na myśl, że znowu ogarnie go chorobliwe roztargnienie. Starał się skupić swą uwagę na poszczególnych przedmiotach, przyglądał się z uwagą książkom na półce, z największym wysiłkiem dążył do równowagi, chciał być zupełnie swobodnym. Czytał tytuły książek, wziął nawet jedną z nich do ręki i zaczął ją przeglądać.

Ostap powrócił z maszynką do gotowania.

— Niech pan poczeka, napijemy się czego... Ja pić muszę i piję ciągle od jakiegoś czasu. He, he... Nie cierpię trzeźwości! Trzeźwości! Brr... A może tu iść o życie. Wie pan, byłem raz pijany, jeden z moich przyjaciół jeszcze więcej, mieliśmy pieniądze, umówiliśmy się, że pojedziemy do Australii... Pan nie wie naturalnie, że Australia dla takich jak my, jest ziemią obiecaną... Wszystko było umówione! Gdybyśmy wtedy wyjechali, wtedy zaraz! rozumie pan? W tej chwili trzeba było wyjechać, a byłbym dziś szczęśliwym człowiekiem. Ale zwłóczyliśmy odjazd, wytrzeźwieliśmy i wszystko wydało się nam awanturniczym planem... Widzi pan, to jest ta przeklęta trzeźwość! Po pijanemu trzeba wszytko robić. Trzeźwy mózg odstąpić filistrom57, kramarzom, wolnomyślnym politykom...

Wroński spostrzegł, że Ostap był pijany. Uderzyło go jednak, że twarz Ostapa drgała nieustannie w linii prostej od kątów ust do czoła.

— Ale do diabła, jakże pan wygląda! Czy pan wpadł do jakiego rowu?