— Do rowu?
Wroński spostrzegł z rozpacznym58 przerażeniem, że całe prawie jego ubranie powalane było błotem i plamami z otarcia się o cegły.
— Tak, wpadłem do rowu.
Usiłował spojrzeć Ostapowi w oczy, czuł jednak, że tylko mruży oczami59.
Ostap zdawał się nie zwracać więcej na to uwagi, wstał nagle z miejsca i uśmiechnął się dziwacznym, pełnym rozpaczy uśmiechem.
— Ależ, siadaj pan, panie Wroński, siadaj pan — mówił z serdeczną gościnnością. — Szczególny to wypadek, że pana spotkałem. Dawnośmy się już nie widzieli. Nieprawdaż? Pan myślał, że miałem niecne zamiary co do pańskiej siostry... He, he... Wypędził mnie pan z domu. Może pan dźwiga na sobie winę mego starganego szczęścia. Ale cóż to ja chciałem mówić? Tak, prawda! Słyszałem, że pan bardzo chory... Ależ do diabła! Woda się nie gotuje... Piję teraz koniak z gorącą wodą, to nowa metoda picia koniaku... Pan pije go zapewne z herbatą...
Wroński chciał coś odpowiedzieć, ale zmógł go ciężki kaszel.
Męczarnia jego zdawała się sprawiać na Ostapie wielkie wrażenie. Bezradny biegał tam i na powrót, jakby go nagle chwyciła trwoga.
— O, pan jesteś bardzo ciężko chory. Nie przypuszczałem, że do tego stopnia. I pomyśl pan, że byliśmy nieprzyjaciółmi...
Wroński spojrzał na niego z chorobliwym uśmiechem.