— O, nie śmiej się pan w ten sposób. Nie mogę na to patrzeć. Serce się rozdziera, uśmiechnął się pan tak jak dziecko, które ma umrzeć...
Wroński zauważył, że Ostap zbladł bardzo. Czuł się jednak tak zmęczonym, że patrzeć mógł na niego tylko z obojętną ciekawością.
— Ja wnet umrę — rzekł zupełnie mimo woli i dziwił się, że to powiedział.
— Pan umrze? — Ostap z przestrachem spojrzał na niego.
— Tak... Wkrótce... Należy się przedtem pogodzić ze wszystkimi, umrzeć piękną, mieszczańską śmiercią.
Znowu się uśmiechnął cichym, rozpacznym uśmiechem i wypił do Ostapa. Nagle zrobiło mu się zimno. Szybko wypił całą szklankę i otarł sobie pot z czoła.
— Nie, nie! pan nie umrze! — Ostap mówił z roztargnieniem, jak gdyby nie wiedział dobrze, co mówi... — Pan nie wie, jak to ciężko. Pochowałem przyjaciela. Umarł na suchoty... Idę ulicą, cichy, w sobie zatopiony, nagle słyszę, jak ktoś woła: „Ostapie! Ostapie!”. Dorożka staje i oto on w niej siedział z chustką przy ustach, mówić nie mógł, bo miał krwotok — patrzył na mnie tylko oczyma — oczyma... Widział pan oczy, które...
Zaciął się, dziwnie zaniepokojony, stanął przed Wrońskim i patrzył na niego z zakłopotania pełnym, niewyraźnym uśmiechem.
— Pan się nie boi oczu? — zapytał nagle. — Ale czemuż pan tak się we mnie wpatruje? Czy pan ma gorączkę? Pan naprawdę chory?
Wroński odzyskał równowagę, ale tylko na chwilę. Opadło go nagle nieprzeparte pragnienie zwierzenia się przed Ostapem, że ma zamiar podpalić ratusz. Czuł, że to powiedzieć musi. Walczył nieludzko z potęgą, która go do tego przymuszała, otworzył usta, ale słowa zamarły.