— Zna pan historię o dziewczynie spartańskiej, która sobie odgryzła język, by nie zdradzić tajemnicy, kiedy ją wzięto na męki?

Ostap ze zdziwieniem i przestrachem spojrzał na niego.

— Co, co pan mówi?

Wroński patrzył się na niego osłupiałym wzrokiem.

— My także powinniśmy odgryźć sobie języki — rzekł zachrypłym głosem i zaśmiał się szyderczo.

W tejże chwili zerwał się z miejsca, chwycił za kapelusz i chciał wyjść.

— Nie chcę już dłużej siedzieć u pana. Pan mnie dręczy. Jestem chory. Muszę iść do domu.

Ostapa owładnęło nieopisane wzburzenie. Zastąpił Wrońskiemu drogę z rozkrzyżowanymi rękoma.

— Zostań pan! Nie odchodź — mówił niemal błagalnie. — Czy obraziłem pana? Powiedziałem coś takiego, co pana obraziło? Dziwna jakaś potęga spływa ku mnie od pana. Czy nie powiedział pan, że obydwaj powinniśmy odgryźć sobie języki? Kiedy zobaczyłem pana, odczułem, że i pan pod ciężarem jakimś upada... Nie odchodź! To był cud, gdy pana tam na dole zobaczyłem, ja pana lubię, ja pana niegdyś kochałem...

Przyskoczył nagle do Wrońskiego i zmusił go do pozostania.