Wroński patrzył na niego ze zdziwieniem, jednocześnie zaś doznawał uczucia zimnego spokoju, którego dawno — dawno już nie pamiętał.

— Jeżeli panu co na tym zależy, mogę ostatecznie tu pozostać.

— Tak, zostań pan, zostań!

Ostap pić począł bezwiednie, nerwowo, coraz silniej wzburzony.

— Szczególne mam do pana zaufanie. Coś jest w panu takiego, co mi grób na pamięć przywodzi... Nie, nie! nie marszcz pan czoła... Pan sam powiedział przed chwilą, że pan musi umrzeć... Nie wiem, skąd to pochodzi, w ogóle z niczego sobie sprawy nie zdaję, ale gdym pana zobaczył tam na dole, drżącego na całym ciele — doznałem uczucia tak dziwnego spokoju — nie! to nie był spokój, to rozkosz! Nie, także nie rozkosz, może uczucie złośliwego zadowolenia... Wreszcie spotkałem człowieka, który cierpi, naprawdę, rzeczywiście cierpi! Rozumie pan? O! tyle jest rodzajów cierpienia... Nieszczęśliwa miłość rodzi cierpienie, rodzi je także podrażniona próżność... wreszcie cierpieć można także dlatego... że się ma nieprawe dzieci... He, he... Tak i to także sprawia cierpienie. Ale tego rodzaju cierpienia, tego szczególnego rodzaju, nie doznaje się tak łatwo. Ja u pana spostrzegłem je od razu, mam tak bystre oko w tym kierunku... Oczy moje mają niepojętą siłę odczuwania... He, he, widzi pan, odgadłem od razu to bezmierne cierpienie, gdy pan siedział na sofie i osłupiałym wzrokiem we mnie się wpatrywał, gdy usta pańskie drgać poczęły, jak gdyby pan coś chciał powiedzieć, a nie miał odwagi. He, he, ja to znam, ja jedyny to znam... A później, gdy pan powiedział, że powinniśmy odgryźć sobie języki... Tak mówić może tylko ten, który... który jest moim bratem! Rozumie pan? A wściekłość pańska, gdy się pan zerwał z miejsca i chciał odejść...

Wroński słuchał ze skupioną uwagą. Nie doznawał jednak żadnej litości, był coraz więcej zimny, coraz bardziej spokojny.

— Nie byłem wcale wściekły — wtrącił.

— Naturalnie ma pan gorączkę — mówił Ostap dalej, wcale nie zbity z tropu. — Naturalnie! Ale to ten właśnie szczególny rodzaj gorączki, który rodzi także szczególne cierpienia... He, he, gdy chłop dostanie gorączki, przez parę tygodni leży w łóżku. A każdy z nas — z nas, dzieci Szatana, jak nas Gordon nazywa, chodzi, błąka się całymi tygodniami z tą gorączką i nic mu to nie szkodzi. Widzi pan, ja to wszystko czuję...

— Nie rozumiem, co pan przez to chce powiedzieć, nie odgaduję pańskich myśli. Słyszę tylko słowa...

Ostap wybuchnął głośnym śmiechem.