— Chce mnie pan koniecznie zbić z tropu? He, he, spójrz pan tylko na swe ubranie, przypatrz mu się dobrze: rękaw oderwany, wszędzie błoto, nie, nie błoto — plamy cegły, o którą się pan ocierał.
Wrońskiemu krew uderzyła do głowy. Z trwogą spojrzał na Ostapa, nie umiejąc ukryć przerażenia, Ostap jednak nagle upadł na krzesło.
— Nie patrz pan na mnie z takim strachem. Nie myślę wcale pana szpiegować, przypuszczałem tylko — nie! niczego nie przypuszczałem... To tylko urojenie. Ale gdy pana w takim stanie zobaczyłem, przyszło mi na myśl, że możemy być wzajemną dla siebie podporą...
Uśmiechnął się bolesnym grymasem.
Siedzieli długo, nie mówiąc ani słowa.
— Ale pan nie postępował względem mnie uczciwie — rzekł nagle Wroński — wcale nie. Mówił pan, że pan nie miał niecnych zamiarów co do mej siostry, a... — wstał z sofy. — Czy to prawda, że pan prowadził życie rozpustne?
Ostap uważnie spojrzał na niego.
— Tak, to prawda. Przeszedłem wszystkie granice. My wszyscy zresztą przekraczamy granice. Ciekawym, jaka między nami różnica? Są tylko estetyczne różnice; a estetyka... Pogardzam Gordonem dlatego, że jest tylko estetykiem. Dzieckiem jest, naiwnym dzieckiem. Ilekroć o nim myślę, śmiech mnie dławi... Wszyscy estetycy są śmieszni. Tak, w rzeczy samej — dodał, wykrzywiając się złośliwie i przysunął się do Wrońskiego. — Czy pan, pan także ma coś do czynienia z ratuszem? Hu! Jakże pan zbladł! He, he, nad mózgiem można zapanować siłą woli, ale się nagle tak blednie... Widzi pan, panie Wroński, to także szczególny rodzaj zblednięcia...
Wroński zaledwie mógł oddychać, ale największym wysiłkiem utrzymywał równowagę i spokój.
— Dziwny z pana człowiek, panie Ostap, tak dziwny, że... — zakrztusił się — że nie wiem, czy pan jest chory, czy — czy...