— He, he, drogi panie — poklepał Wrońskiego po ramionach — czy pan przypadkiem nie czołgał się wzdłuż rowu?

Spojrzeli sobie w oczy, nie widząc się wzajemnie. Wrońskiemu wydało się, że oślepł nagle, jednocześnie zaś ogarnęło go dziwne osłabienie. Odczuwał bolesne kłucia w piersi.

— Daj mi pan szklankę koniaku — szepnął cicho.

Spostrzegł nagle, że szeptali obydwaj prawie przez czas cały i czuł, że trwoga nie pozwoliłaby mu mówić głośno.

Ostap wstał i szedł chwiejnym krokiem. Wroński widział to wyraźnie, począł się zastanawiać, chciał się skupić, ale nie mógł. Zimny dreszcz nim wstrząsnął, mózg jego płonął gorączkowo. Wypił chciwie szklankę koniaku i wstał z miejsca.

— Muszę już odejść — rzekł wreszcie. — Inaczej oszaleję u pana.

Czuł, że niezbyt pewnie stoi na nogach. I dziwił się temu, bo umysł jego był zupełnie jasny.

Ostap zdawał się wcale nie zwracać na niego uwagi. Z wyrazem tępej rozpaczy spoglądał przed siebie. W końcu wstał także.

— Tak, tak, idź pan do domu.

Zamyślił się. Jednym rzutem przyskoczył do Wrońskiego i chwycił go za ramię.