— Zobaczymy się jeszcze, zobaczymy się... wkrótce... musimy się zobaczyć...
Zgrzytnął.
Wroński cofnął się przestraszony. Zdawało mu się, że Ostap chce go ugryźć.
— Nigdy już nie przyjdę do pana — rzekł szorstko.
— Przyjdzie pan, przyjdzie pan z pewnością, albo ja przyjdę... To wszystko jedno... Zapomina pan o tej szczególnej gorączce, którą my, tylko my mamy... He, he... niech się pan ma na baczności. Jeżeli pan ma co do czynienia z ratuszem, niech pan panuje nad swą gorączką... Wyobrażał pan sobie, że Bóg wie, jak zręcznie pan cały plan ułożył, a począł się pan skradać z nieporównaną ostrożnością przez miejsca, na których całe miasto może pana widzieć... Ale pan przyjdzie albo ja przyjdę...
Wypchnął prawie Wrońskiego za drzwi.
Wroński utracił zupełnie władzę nad sobą. Chciał wrócić i usiąść znowu na sofie, ale rozmyślił się i poszedł.
Nagle wyszedł Ostap ze światłem. Sprowadził go po schodach, otworzył bramę i zamknął ją za Wrońskim.
Obydwaj nie przemówili ani słowa.