Ostap wrócił na górę, postawił lampę na stole i położył się na sofie. Nigdy jeszcze nie czuł się tak bardzo smutnym i opuszczonym. Doznawał strasznego bólu osamotnienia, nie mógł pojąć, że w ogóle cośkolwiek wokół niego istnieje. Był zupełnie złamany i zgnębiony.
Pogrążył się w ponurych myślach.
Tak, nie ma chyba na całym świecie człowieka, do którego by nie czuł nienawiści! Świat cały i ludzie nie istnieli dla niego... Cóż by zresztą mógł mieć z nimi do czynienia? Dlaczegóż nie ma tego uczynić, czego oni od niego się domagają? Czuł, że z równą obojętnością potrafiłby zamordować Gordona, jak i dopuścić się kradzieży w kasie miejskiej...
He, he... Ten ostatni czyn wzbudzi jednak więcej gniewu w społeczeństwie! Gdybym zamordował Gordona, oddałbym ludzkości przysługę.
No tak!
Zauważył, że co chwila myśli swe przerywał tępym wykrzyknikiem: „no tak!”.
Nagle zadrżał. Przejmujący do głębi niepokój pozbawił go przytomności. Biegał jak szalony po pokoju. Wydawało mu się, że koniecznością naglony musi o czymś myśleć, przed czym czuje strach nieokreślony.
Jakby wybawienie przyszła mu myśl do głowy, że był przecież zaproszony do burmistrza.
Właściwie nie miał zamiaru pójść tam, ale teraz czuł się z tego zaproszenia niemal szczęśliwym60.
Dopiero jedenasta godzina. Może jeszcze iść, zupełnie spokojnie.