Gordon obserwował go niepostrzeżenie.

— Dlaczego go stąd wyprawiłeś? — usłyszał nagle szept Heli. Oczy jej błyszczały z trudem powstrzymywaną wściekłością.

— Niezdrowo dla niego przebywać koło ciebie.

Zaśmiał się cicho i spojrzał na nią przelotnie.

— Jest chory — dodał po chwili — jest daleko bardziej chory, niż przypuszczasz. Przestał się lękać, a to najniebezpieczniejsza choroba.

Nagle spojrzał na nią uważnie.

— Dlaczego mnie nienawidzisz? — zapytał. — Wyrządziłaś mi krzywdę, jaką w ogóle mężczyźnie wyrządzić można...

Odstąpił na bok, by nie stać w drodze tańcującym.

— Pokrzyżowałaś wszystkie moje plany co do Poli... U niej znaleźć mogłem spokój... Ty uczyniłaś to wszystko, a przecież nie mam do ciebie nienawiści...

Spojrzał na Polę stojącą przy drzwiach i wpatrującą się w niego z chorobliwym, bolesnym, namiętnym uśmiechem.