— Musisz! Nie będę ci się już więcej narzucał. Już nigdy. Ale tym razem jeszcze — a jeśli sobie tego życzysz, będzie to raz ostatni...

Dźwięk jego głosu brzmiał prawie błagalną prośbą. Widział, że twarz jej z lekka zadrgała, a usta się ściągnęły, jak gdyby u dziewczynki, która lada chwila płaczem wybuchnie.

— Błagam cię, Pola — mówił gorąco i namiętnie — muszę z tobą mówić.

Nerwowo poczęła się bawić wachlarzem, nagle jednak opanowała się i podeszła do grupy kilku młodych panienek, żywo ze sobą rozmawiających, wśród wybuchów śmiechu.

Właśnie była długa przerwa w tańcu.

Gordon posmutniał i zbladł. Bezmyślnie patrzył w salę, ale naraz napotkał oczy Heli, wpatrującej się w niego ze złośliwą wściekłością.

Przeszedł do drugiego pokoju i usiadł obok swego wuja, który przyjaźnie do niego się uśmiechnął: dostał właśnie bardzo dobre karty.

Wtem usłyszał spazmatyczny śmiech. Powstało wielkie zamieszanie, kilka panien przybiegło z krzykiem... Zerwał się z miejsca: zobaczył Polę na kanapie wijącą się w histerycznym śmiechu, który wnet przeszedł w przytłumione, przerwane łkanie.

Gordona ogarnęło straszliwe przerażenie. Wziął Polę na ramiona, chwycił podaną sobie przez kogoś szklankę wody, dał jej do picia i zwilżył jej czoło i skronie.

Pola zagryzła wargi. Zdawało się, że wysiłkiem rozpaczy pragnie powstrzymać nowy atak. Wkrótce jednak zrobiło się jej lepiej.