— Odwiozę pannę Polę w swych sankach do domu — rzekł stanowczo.
Było mu zupełnie obojętnym, co ludzie o jego stosunku do Poli pomyśleć mogą.
Pola ze zdumieniem spojrzała na niego, nie miała jednak odwagi się sprzeciwiać.
Nikt zresztą nie zrobił żadnej uwagi, tylko Hela stała blada jak chusta.
Gordon czuł, że śledziła chciwie każde jego poruszenie, ale unikał jej wzroku.
VI
Pola poddała się zupełnie woli Gordona. Zaniósł ją do sanek, czuła, jak ją otula futrem, z apatyczną ciekawością patrzyła, jak sanki z szybkością strzały ruszyły z miejsca, widziała, że wyjeżdżają za miasto, ale była zupełnie bezsilną i znękaną. Na samą myśl, że ma wypowiedzieć choćby jedno słowo, doznawała przenikliwego bólu.
Gordon z nerwową wściekłością smagać począł konie. Nie wiedział, dlaczego ją wiezie do swego domu, ulegał tylko bezwolnie głuchemu wewnętrznemu popędowi.
Krótka przestrzeń wydała mu się niesłychanie długą i męczącą. Drżał z niecierpliwości, nie mógł doczekać się przybycia na miejsce.
Myśli jego plątały się, doznawał uczucia, że po raz pierwszy w życiu nie jest ich w stanie opanować.