— Nie, nie... Nigdy tak wyraźnie nie czułam tego, jak właśnie teraz, że ty tylko ją kochasz. Oboje igracie ze mną, jestem dla was tylko pozorem, podnietą. Nie! zostaw mnie w spokoju! Pójdę teraz do Stefana. Zostanę przy nim dniem i nocą. — Tak bardzo go zaniedbywałam... A jeśli cokolwiek prośba moja u ciebie znaczy, przychodź czasem do niego! On cię kocha nade wszystko w świecie...

Surowo spojrzała na niego.

Gordon z rosnącym ciągle zdumieniem słuchał jej słów. Nową zupełnie kobietę widział teraz przed sobą. To już nie była jego dawna, bezsilna Pola. Czuł, że w jej duszy kurczowym bólem wije się dusza Heli. Chciał jej coś powiedzieć, czuł, że jej coś powiedzieć musi, ale słowa zamierały mu na ustach.

— Zostań moją żoną — rzekł w końcu.

— Nie! Nie chcę. Nigdy, nigdy... boję się ciebie. Ja... ja boję się ciebie. Boję się wszystkiego, co się ciebie tyczy... O, wy oboje tak mnie dręczyliście, tysiącem zagadek katowaliście mi duszę. — Boję się was obojga... A ten wstrętny brud, ta hańba życia! Wszystko, wszystko mi powiedziała... Nie, nie — pozwól mi odejść... Muszę iść do Stefana, Stefan jest chory...

Opanował ją straszliwy niepokój.

— Nie, nie... Nie chcę cię słuchać, daj mi pokój! Boję się... Och, idź do niej — ona tak pełna rozpaczy, tak bólem stargana...

— Pola!

Nie słuchała jego słów. Bezradnie biegała tam i na powrót po pokoju.

— Teraz już pójdę do domu! Do domu!