Zaczęła znowu płakać i pobiegła do drzwi.

Starał się przywieść ją do opamiętania, zbliżył się do niej i chwycił ją za rękę.

— Poczekaj Pola, odwiozę cię do domu, jeśli chcesz tego koniecznie.

— Nie, nie! Pójdę sama! Muszę iść! Obecność twoja jest dla mnie męczarnią... Och, och — ona cię spoliczkowała, a ty nie odważyłeś się jednego słowa wypowiedzieć. Byłeś moją dumą, moim królem i kobieta cię spoliczkowała. W moich oczach smagała cię szpicrutą.

Gordon nie słuchał jej słów, z wściekłością wołając o sanki.

Stanęli przed drzwiami.

Deszcz padał.

— Daj mi odejść samej... Chcę teraz być samą... Będę ci bardzo wdzięczną, jeżeli mi samej odejść pozwolisz... Ręce twe całować będę, ale puść mnie, puść...

W tejże chwili wyrwała się z rąk jego, przebiegła podwórze i wydostała się na ulicę.

Gordon popędził za nią, pośliznął się, podniósł się znowu i dogonił ją, opadającą z sił.