Gordon patrzył na niego poważnie.

Był bardzo znużony.

— Słuchaj Ostapie, jeśli chcesz mi mówić rzeczy przykre, daj spokój. To nudne. Nienawidzicie mnie wszyscy i szukacie zemsty w obelgach. Niedawno Hela mnie spoliczkowała, przed kilku dniami uderzyła mnie szpicrutą. Nie wiem, czego chciała ode mnie.

Ostap zamyślił się.

— Wiesz co, ostatnimi czasy nieraz przychodziło mi na myśl, że właściwie wy oboje jesteście do siebie podobni. Tylko ty jesteś człowiekiem więcej wyrachowanym, a ona kobietą histeryczną. Ale macie oboje te same przewrotne popędy.

Gordon spojrzał na niego pytająco.

— Oboje pragniecie cierpienia — rzekł Ostap z namysłem. — Fatalny jakiś popęd gna was, by stwarzać sobie cierpienia. Mam gdzieś jeszcze u siebie bardzo charakterystyczny wiersz twój z lat młodzieńczych. Błagasz w nim Boga, aby zesłał na ciebie ból niesłychanie dumny — takiego używasz wyrażenia — ból święty, więcej dumny i więcej święty od bólu jego wielkiego syna... W bólu tym jest poczyn i piękno. Ty kochasz piękno. Sam pięknym jesteś w twych marzeniach. Coś jest w tobie z Aleksandra Wielkiego, z Byrona, z Karola XII74.

Gordon milczał, bawiąc się mechanicznie butelką.

— No, więc pijmy — rzekł Ostap. — Dziwna rzecz. Zawsze czułem twą potęgę, a dziś nic już jej nie czuję... Tak, tak. Wydaje mi się, jakbym dziś dopiero dojrzał.

Gordon się zamyślił.