— Powiedz mi, Gordonie — przysunął się bliżej do niego i uśmiechnął się złośliwie — powiedz mi, czy Okonek i Sobek nie są przypadkiem jedną i tą samą osobą? Wiesz, ten sławny Sobek, co przeszłego roku podpalił twoją stodołę? Sławetny Sobek, co zastrzelił twego leśniczego? Ha, ha, ha... bardzo mnie ta sprawa zajmowała, poczyniłem badania i dowiedziałem się, że Sobek był w tym czasie niedołężny i chory... Zawsze mi się to wydawało podejrzanym, żeby Sobek miał się tego czynu dopuścić... He, he, he, jak ci twarz teraz drga, jak się błędnie we mnie wpatrujesz...

Ostap jeszcze bliżej przysunął się do niego.

— Czy przypadkiem nie mylisz się do osoby? He?

Gordon zaśmiał się cicho.

— Zgadłeś — rzekł nagle. — Okonek zamordował leśniczego. Sobek umarł w dwa dni potem. Nikt o tym nie wie i nigdy wiedzieć nie będzie. Skoro kto umrze, można wszystko pisać na jego rachunek. Ale Okonek był moim niewolnikiem, moim psem, a to znaczy bardzo wiele. Zresztą bardzo ważną rzeczą jest, by i teraz mogło być wszystko, co się stanie, przypisanym Sobkowi.

Ostap z rosnącym zdziwieniem patrzył na Gordona.

— Nigdy jeszcze tak otwarcie ze mną nie mówiłeś. Jaki jest cel twej szczerości?

— Nie ma żadnego. Ale sądzę, że teraz mogę już mówić otwarcie. Rozumiesz co to teraz znaczy?

Ostap spojrzał na niego nienawistnie.

— I teraz zmarły Sobek podpali fabrykę Schnittlera?