Ostap zaśmiał się zachrypłym głosem.
Gordon zbladł nagle i nie odpowiedział ani słowa.
— Co? Nie taki twój plan? Jesteś tak wzburzony? Dlaczego mi nie odpowiadasz? Czy otwartość twoja do tego planu już się nie rozciąga?
Gordon uśmiechnął się pogardliwie.
— Na miły Bóg, Gordonie, jesteś naiwnym dzieciakiem. Mordu i pożogi dopuścić się może pierwszy lepszy parobek. Nie wpadłeś ty jeszcze na myśl hodowania zarazków cholery lub tyfusu? Jeszcze nie? Oto środek fin de siècle78... Prawdziwie wyrafinowany środek. W przeciągu jednego tygodnia zaraza wypleni całą prowincję...
Szeptał, ale nagle uderzył nogą o ziemię, usta ściągnęły mu się kurczowym uśmiechem, drżał na całym ciele.
Gordon wstał. Przez chwilę wpatrywali się uporczywie w siebie.
— Szatanie! — wrzasnął Ostap.
— Zastrzelę cię jak psa na ulicy, w jasny dzień, jeśli odważysz się pisnąć choćby słówko. — Gordonowi wystąpiła piana na usta.
I wydawało się, że lada chwila rzucą się z wściekłością na siebie. Ręce Ostapa drżały w mimowolnych odruchach.