— Nie odchodź! Będziesz żałował. Szaleje we mnie orkan trwogi, orkan, rozumiesz... He, he. Widziałeś kiedy trąbę powietrzną? Domy, wsie, drzewa jak ździebełka słomy znikają z powierzchni ziemi. Będziesz żałował... A zresztą na wszelki wypadek wziąłem ze sobą...

Pokazał Gordonowi rewolwer, ale ręka jego drżała tak silnie, że omal nie upuścił go na ziemię...

— Przez trzy miesiące piłem, piłem bez przerwy. A ty wiesz, że pić potrafię.

Gordon przypatrywał się długo Ostapowi i w milczeniu zawrócił z nim do Hutha. Gdy znowu usiedli w pokoju, spostrzegł Gordon zupełnie nową zmianę na twarzy Ostapa.

Miała ona wyraz bezgranicznej, psiej uległości. Oczy pałały gorączkowo, rzucając wkoło przelotne blaski.

— Czego chcesz? Może wina? Patrz, mam tu jeszcze trzy butelki. A może zawołać Kasię? Całą noc będzie śpiewała, jeśli tego zażądasz... Ona cię kocha: powiedziała nieraz, że oddałaby trzy lata życia swego za jedną, jedyną noc spędzoną przy tobie...

— Dajże już raz spokój tej paplaninie!

Gordon poruszył się niecierpliwie na krześle.

Ostap patrzał długo na niego i wybuchnął nagle prawie spazmatycznym śmiechem.

Gordon bębnił palcami po stole.