— Właściwie nigdy o tym nie myślałem. Nie chcę się posługiwać motłochem, by dopiąć mego celu.

— Aha! Aha! Otóż i nasz sławny kanarek! Tak, tu go mamy!

Ostap udawał rozmyślnie, że się dusi od śmiechu.

— Romantyzm wychodzi na wierzch. Podobny jesteś do Fouriera84 lub Babeufa85... Masz litość i współczucie dla uciemiężonych... Ha, ha, ha! Cierpisz razem z nimi! Tak, tu tkwi nasz sławny kanarek!

— Nie ma tu mowy o litości, ni współczuciu. Nie odpowiadało to tylko mym planom. Zresztą mały z takiej agitacji pożytek, bo za mało mamy tu robotników.

Ostap spojrzał bystro i przenikliwie na Gordona.

— I właśnie dlatego plan mój jest dobrym. Twoje pomysły za wielkie, za obszerne. Opierasz się zawsze na fantasmagoriach, budujesz plany na krociach tysięcy, na milionach. I to właśnie jest ideologią — w tym przypominasz Karola XII... Posługujesz się przecie Okonkiem; a lud cały jest tylko takim głupim Okonkiem, którym można kierować według upodobania.

Nagle ogarnęło Ostapa wielkie znużenie. Cały jego zapał zgasł od razu. Rzucił się na sofę i obojętnym, roztargnionym wzrokiem patrzył przed siebie.

— Ty w ogóle jesteś chory — rzekł wreszcie. — Słyszysz, jak trawa rośnie, masz olbrzymie pomysły, ale łączysz je z niepraktycznością dziecka.

— Może byś wreszcie zechciał przestać zajmować się moją osobą?