Gordon był silnie podrażnionym.

Ostap wstał z sofy i patrzył na niego ze złośliwym uśmiechem.

— I rzeczywiście nie myślałeś o hodowaniu nowych pokoleń zarazków? Rzeczywiście nie myślałeś?... No, no, dajmy spokój! Idź do domu, idź! idź! Ja natomiast zakłócę dziewicze sny Kasi. Idź, idź i nie zapomnij tego, co ci powiedziałem! He, he, jestem na twoje usługi, urządzę ci korowód z pochodniami, skoro fabryka spłonie — korowód z grabieżą, rabunkiem i z wszystkim, co do tego należy, by uświetnić pomysły Karola XII. Ale nie zapominaj, że jesteś człowiekiem chorym. Nie ufaj sobie zbytecznie. Miewasz znakomite pomysły, ten np., że wszystkie dzieci szatana nie powinny się znać wzajemnie, a przecież kierować się tą samą myślą przewodnią, czyli innymi słowy powinny mieć sugestię sprzysiężenia rozgałęzionego po całym świecie. To wszystko jest bardzo misterne, bardzo psychologiczne, ale ty jesteś za bystry, nie zwracasz uwagi na rzeczy najprostsze... He, he, najprostsze, najsubtelniejsze, na najwykwintniejsze rozwiązanie kwestii socjalnej: hodowlę zarazków cholery i tyfusu.

Gordon patrzył na niego długo i uśmiechnął się ironicznie.

— Czemu się śmiejesz? Czemu? — Ostap porwał się.

— Słuchaj, Ostapie, ten wieczór był dla mnie nader pouczający. Dzisiaj poznałem cię lepiej niż w ostatnich dwunastu latach86. Słuchaj no! Ten plan, by spalić fabrykę i pozbawić robotników chleba obmyśliłeś przecież tylko dlatego, aby moje sumienie obciążyć zbrodnią? He?

— Do diabła, jakiś ty bystry! Wszakże mówiłem, że słyszysz, jak trawa rośnie.

Gordon spoważniał nagle.

— Zresztą wziąłeś tę ideę ode mnie, a raczej pośrednio z broszur, jakie czytałeś w ostatnim czasie.

Ostap uniósł się.