— Więc rzeczywiście sam wpadłeś na ten pomysł? Pierwej, nim ja ci powiedziałem?
— Tak, pierwej! Powziąłem ten plan już w Londynie i obmyśliłem go w najdrobniejszym szczególe. Słuchałem cię spokojnie, bo byłem ciekawy, czy nie powiesz mi czegoś nowego, o czym przypadkiem zapomniałem... Bądź zdrów! Jutro o szóstej po południu bądź w domu. Hartmann cię odwiedzi.
— Kto?
— Hartmann! Inżynier z fabryki Schnittlera... He, he, widzisz, nie mam już tajemnic przed tobą...
Ostap chodził w milczeniu po sali.
— Tak, Gordonie... — zatrzymał się przed Gordonem. — Ty jesteś największym zbrodniarzem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Jesteś tak wielkim zbrodniarzem, że nie jesteś już nawet łajdakiem... Teraz rozumiem, czemu jestem tak silny przy tobie: w twojej zbrodni zanikają wszystkie inne bez śladu... Ale ty kłamiesz, kłamiesz i ten pomysł, by spalić fabrykę, pozbawić robotników chleba i zmusić ich przez to do zrabowania miasta, to wszystko dopiero ode mnie usłyszałeś. Byłeś zadziwiony, nie myślałeś nigdy o tym. Jutro, pojutrze przeprowadzisz ten pomysł, ale pomysł jest mój! Rozumiesz? Mój! Przyznaj nareszcie!
Krzyczał jak szalony.
— Okradłeś mnie z moich pomysłów! Zawsze brałeś je ode mnie! A ja, śmieszny głupiec, musiałem być twoim sługą!
Zapomniał się zupełnie, krzyczał głośno i z wściekłością bił pięścią w stół.
Gordon spojrzał na niego z pogardą, roześmiał się prawie wesoło i wyszedł.