Burmistrz był w najwyższym stopniu rozdrażniony. Bezradny biegał dokoła, przerzucał papiery; pot spływał mu z czoła.

Gordon starał się go uspokoić.

— Ależ wuju, nie powinieneś tracić przytomności. To przecież śmieszne, że te drobnostki tak cię poruszają.

— Drobnostki! Drobnostki! Boże, czyś ty oszalał? To nazywasz drobnostką? Pomyśl tylko, piąta proklamacja w tym miesiącu. Piąta! Jedna niebezpieczniejsza od drugiej. To jest u nas coś niesłychanego!

— Musisz się do tego przyzwyczaić. W innych prowincjach przyjmują to z zupełnym spokojem. Ty myślisz zaraz o rewolucjach, mordach, podziale własności. Nie, kochany wuju, tak źle nie jest...

Burmistrz patrzył na niego niedowierzająco.

— Sądzisz więc, że rzeczywiście nie ma żadnego niebezpieczeństwa?

— Niebezpieczeństwa? Ależ zmiłuj się! W takim razie musiano by zamknąć do więzienia najmniej dwa miliony socjalistów, anarchistów i jak się tam wszyscy nazywają. Tego się nie robi. Rząd nie może tego zrobić. Musi uznać każdą partię polityczną, a każda partia polityczna ma swobodę agitacji. Ale w każdym razie musisz taki ruch zdusić w zarodku i postępować z możliwą surowością...

— Tak! nieprawdaż?

— Naturalnie! Ale musisz to czynić na własną odpowiedzialność. Wzywać pomocy rządu, to nic innego, jak wystawiać sobie świadectwo ubóstwa. A cóż dopiero wzywać wojsko na pomoc, to mogłoby zachwiać twoim stanowiskiem. Tak źle sprawa się jeszcze nie przedstawia. W kołach rządowych powiedziano by tylko, że się nie zorientowałeś dostatecznie. Pomyśl tylko! Wojsko! To znaczy przecież zaprowadzić stan oblężenia!