Burmistrz chodził niepewny tam i na powrót100.

— Tak, tak. Masz słuszność. Ja też nie myślę wcale chwytać się ostatecznych środków. Ale zupełnie nie mogę sobie dać rady. Schnittler przylatuje tu każdego dnia i żąda pomocy, bo robotnicy mu się buntują... Patrzaj! Znowu list od niego.

Gordon czytał list z zaciekawieniem.

— Zdaniem moim list jest bezwstydny. Cóż cię to może obchodzić? Jeśli robotnicy Schnittlera się buntują i są niezadowoleni, to tylko jego własna wina. To prosty łotr101. Każdą dziewczynę, która mu się spodoba, bierze do kantoru i gwałci. Niechże teraz sam przekona robotników, że wszystko, co robi, nie przekracza zakresu praw każdego pracodawcy. Gdybyś się ty tą sprawą zajął, wywołałbyś jeszcze większe rozgoryczenie: znaczyłoby to, że się z Schnittlerem solidaryzujesz.

Burmistrz rozwarł szeroko oczy.

— Więc to tak się sprawa przedstawia! Słyszałem wiele o tym, ale nie chciałem temu wierzyć.

Gordon uniósł się.

Jego powinien byś zamknąć. On zatruwa całe miasto. Wszystko, co się tu dzieje i tyle troski ci sprawia, to wszystko rozpustny wpływ Schnittlera. On jeden jest winien temu, że właśnie ta agitacja znalazła tak wspaniały grunt.

— Tak! Masz z pewnością słuszność. Dam mu porządną nauczkę. To przecież bezwstydne, pisać mi odgrażające listy.

— Jeśli się jeszcze raz poważy, ja odpowiem mu w twoim imieniu!