Gordon siedział zamyślony i bawił się listem, nagle zerwał się, jakby mu przyszła dobra myśl.
— Co? Co mówisz? — burmistrz chwiał się na nogach.
Gordon uderzył się w czoło. Nieco po aktorsku, jak mu się samemu zdawało.
— Teraz mam. Dziwna rzecz, że pierwej na to nie wpadłem. Mój leśniczy, którego zastrzelono przeszłego roku, mówił także o listach anonimowych...
— Ale co — co?
— Więc nie domyślasz się jeszcze? kto pisał te listy?
— Nie!
— Naturalnie, kłusownik Sobek!
— Ale wczoraj dostałem wiadomość, że przeszedł granicę.
— W takim razie jest chytrzejszy od nas wszystkich. Każe nam wierzyć, że uciekł, a może siedzi tu w jakiejś dziurze. Moją stodołę spalił, mszcząc się za to, że doniosłem do sądu, iż on jest mordercą, teraz chce spalić starostwo, bo starosta naznaczył tysiąc marek nagrody za schwytanie go.