Na ulicy obejrzał się. Przeciwległym chodnikiem szedł powoli Botko.
Diabeł poznałby go teraz z tą brodą! Gordon uśmiechnął się zadowolony.
Zamienili przelotne spojrzenie. Gordon szedł naprzód. Botko postępował za nim w pewnym oddaleniu.
W środku miasta był park. Tu wszedł Gordon. Zmrok zapadł. W parku nie było nikogo. Gordon przeszedł cały park i nawrócił się107. Na środku spotkał Botkę.
— O jedenastej godzinie możesz zacząć z fabryką — szepnął mu Gordon. — Daj się widzieć możliwie w wielu miejscach. Przede wszystkim idź do Hutha i spój Kasię. Można jej podsunąć najdziwniejsze sugestie.
Rozeszli się.
Zaledwie Gordon wyszedł z parku, zderzył się z młodym księdzem.
Uśmiechnął się w duszy.
— A! Ksiądz dobrodziej!
— Dobry wieczór, panie Gordon.