— Chciałbyś pan? — Wroński odetchnął swobodniej. — To dobrze, bardzo dobrze. Widzisz pan, znowu jestem jak dawniej. Po prostu nie rozumiem tego nagłego osłabienia. Nie spałem tak długo, a Pola także chora...
— Pola chora?
— Tak, zaziębiła się silnie, ale to nic złego... Mnie także lepiej... He, he... oczywiście, bo marznie. Wilgoć mnie zabija. Ale to głupstwo.113 Umierać muszę, tak czy owak.
Gordon spojrzał na niego łagodnie114.
— Słuchaj pan, dzisiaj nie pan jeden będziesz pracował... Stanie się coś, przy czym wszystkie dzwony zajęczą... Niedaleko za miastem... Wszyscy ludzie pobiegną tam... całe miasto...
Wroński słuchał. Odczuwał dziwną lekkość.
— I przysięgam, że nawet cień podejrzenia nie padnie na pana... Zresztą będę pana oczekiwał za mostem.
Wroński doznał uczucia serdecznej wdzięczności. Pochwycił dłonie Gordona i ściskał je gwałtownie.
— Nie masz pan dzisiaj febry115? — pytał Gordon. — Nie kaszlesz także.
— Nie, nie... Zażyłem bardzo wiele kreozotu... Febry nie mam także... Nie, nie... — Wroński promieniał radością.