Chciał się rozerwać, bawił się i rozmawiał z chłopcem, ale nic nie pomogło.
Wreszcie zaczęła go dręczyć obecność chłopca. Musiał być sam, musiał mówić z samym sobą. Kazał chłopcu odejść.
Położył się na łóżku.
Obawiał się napadu gorączki i nastawił budzik na dziewiątą godzinę.
Gdyby mnie tylko mógł zbudzić ze snu śmierci, pomyślał i uśmiechnął się. Potem myślał, jaka to będzie iluminacja! Szkoda, że dzisiaj nie są Gordona urodziny. Szkoda! Ale dobrze, że Gordon będzie tam stał: skoro odczuje obecność jego, wszystko będzie dobrze... Widział już teraz, jak się ostrożnie czołgał ku Gordonowi, jak Gordon spojrzał z podziwem na niego; serce mu rosło.
Ale dreszcze wróciły. Był zdumiony.
— Skąd te przeklęte dreszcze? Myślałem przecież o czym innym... Nie! Tylko leżeć spokojnie, a wszystko przejdzie...
Ale nie przeszło, owszem, pogorszyło się.
To przecież nie była trwoga. Nie, ani śladu. Wczoraj jeszcze drżał z radości, myśląc o wspaniałej iluminacji... Gdyby tylko mógł odnaleźć wczorajszy szał swojej nienawiści!
Przeszedł myślą uważnie całe swoje życie, rok za rokiem, jeden rok nędzy, głodu i choroby za drugim; myślał o tysiącznych upokorzeniach, jakie musiał znosić, żebrząc o chleb codzienny dla siebie i dla Poli. Myślał o bezgranicznej nędzy i ohydzie, szalał, ale wczorajszej nienawiści nie mógł odnaleźć.