Gordon przystąpił do łóżka.

— Jak się pan ma?

— Pewnie niedługo już potrwa... Polu, przynieś herbaty... Palę teraz znowu... wszak to obojętne. Stary Mizerski był tu raz i widział mnie palącego. Sprawiało mi uciechę, tak móc dmuchać mu dymem w twarz. Wszakże to lekarz, powinien mi pomóc... He, he, czy wie pan, co powiedział? Przybrał grzeczną minę, poklepał mnie po barkach i powiedział, że ze mnie dzielny, młody człowiek, z rodu Rzymian, którzy potrafią nawet umierać z elegancją... He, he... z elegancją...

Zakaszlał.

— Ale co najgorsza12, że to tak długo trwa. Przeciągnie się pewnie jeszcze z pół roku.

Spojrzał na Gordona wielkimi, wylęknionymi oczyma, jak gdyby szukał pocieszenia.

Ale Gordon milczał, jak gdyby myślał o czym innym.

— Czy Mizerski był u pana dzisiaj?

— Nie, wyjechał.

— Wyjechał? Na długo?