— Na kilka dni. Pola była u niego. Panna Mizerska bardzo uprzejmie wypytywała się o mnie. He, he... są tacy, co współczują ze mną... Nie potrzeba mi tego, u licha. Nie potrzeba mi litości. Pan jest jedynym, którego mogę przyjąć, bo pan nie ma tak żałosnej miny jak tamci inni. Wypędziłem ich wszystkich do diabła.
Twarz młodego człowieka skurczyła się paroksyzmem bezsilnej wściekłości.
— Nie rozdrabniaj się pan, panie Stefanie. Bardzo pan rozgoryczony... Czy panna Mizerska pytała się o pana?
— Tak.
Gordon jakby nie czekał na odpowiedź, rozejrzał się roztargniony po pokoju.
— Powinien pan wyprowadzić się stąd — rzekł nagle. — Ściany są pełne wilgoci i grzybów. To pana zabije.
— Wszak to teraz obojętne. Niechaj sobie grzyby dalej rosną w spokoju.
— Ale siostrze pana to zaszkodzi.
Chory pogardliwie ruszył ręką.
— Wszystko to obojętne. Wcześniej czy później...