Opadł znowu na posłanie i wpił się okiem w sufit.
— Teraz znowu muszę leżeć — rzekł po chwili. — Te dni listopadowe mogą do rozpaczy doprowadzić. He, he... to bardzo ciekawe, tak leżeć w łóżku i być absolutnie pewnym, że wkrótce zawrze się bliższą znajomość z robactwem.
Zaśmiał się i spojrzał na Gordona.
Pola weszła z samowarem.
— Ależ pan całkiem mokry, panie Gordonie. Napij się pan prędko gorącej herbaty... Daj mi pan płaszcz, osuszę go...
Była bardzo rozdrażniona.
— Ależ pan się jeszcze straszliwie zaziębi.
— Ach, przyzwyczajony jestem do tego. Spałem raz na polu, a deszcz lał jak kiedy chmury się obrywają...
Uśmiechnął się, zdjął płaszcz i podał.
— A może i lepiej osuszyć go — rzekł roztargniony.