— Dziwna rzecz, przez czternaście dni jest człowiek zdecydowany coś zrobić, a potem nagle w ostatniej chwili zaczyna się wahać...
To była ta tchórzliwa natura psa, jaką zrodziła w nim nędza i upokorzenie... Upokorzenie, na które musiał się narażać dla Poli. Czyż mógł pozwolić, aby Pola umarła z głodu?
Najważniejszą jest rzeczą — mówił do siebie — powziąć zamiar i tak potężnie go rozwinąć, aby mógł człowieka unieść w powietrze... Przypomniał sobie czarownika Szymona Maga, który także mógł się unosić w powietrzu. Dlaczegóż by nie?
Wyraźnie przecież czuję w sobie dwu ludzi, dwu ostro odgraniczonych ludzi, różniących się o całe niebo. Dlaczego człowiek, który powziął zamiar, nie mógłby nosić na sobie innego człowieka, drżącego z trwogi? Jednym z tych ludzi jest oczywiście wola Gordona, rozkaz Gordona: ale to przecie obojętne.
Leżał na łóżku. Chwilami strach go przejmował. Zdawało mu się, że od czasu do czasu krew w jego żyłach zatrzymuje się i dopiero po chwili odnajduje dalszą drogę. Ale to nie niepokoiło go nadzwyczajnie, był przecież przyzwyczajony do tego.
Wsłuchiwał się w tykotanie zegara, gniewał się, bo uderzenia wydawały mu się nieregularne, starał się sprostować swój błąd i zapadł znowu w stan apatii.
Nagle przyszła mu dziwaczna myśl.
A gdyby nie potrafił podnieść się? nie potrafił wyjść z pokoju, przekraść się chyłkiem ulicami do ratusza?...
Zdawało mu się, że rzeczywiście nie potrafi. Pasował się rozpacznie125 sam z sobą. Członki jego obezwładniały126. Miał wrażenie, że mu nogi zamierają. Nie mógł podnieść ręki. Powała127 zniżała się powoli, stawała się niby płynną masą metalu, która kołysała się tu i tam, zbijała w olbrzymią kulę i podniosła się nagle w górę, jakby do rozmachu, aby ze straszną siłą zwalić się na niego i zmiażdżyć go.
— Szaleństwo! — krzyknął. — Wszakże to tylko maligna.