— Teraz rozlepię ją po wieżach kościelnych... Masz co do picia?
— Tam!
Po chwili Wroński spojrzał na niego podrażniony.
— Przecież to nie do wiary, jak taki smarkacz umie pić.
Franek obraził się.
— Ciekawy jestem, co byś począł bez tego smarkacza. Możesz ledwie łazić! Ale daj mi kołdrę lub coś podobnego, marznę... Kiedy śnieg padał, zacinał do wnętrza, podłoga zamokła, a teraz zamarzła. Można by się ślizgać...
— Nie kłam tak bezwstydnie!
— Jesteś dzisiaj zuchwały, Stefanie. Masz pewnie znowu jakiś napad... No, nic nie szkodzi. Znamy się przecież dobrze... Ale jeżeli ty nie będziesz mógł tego zrobić, to ja sam zrobię. Będę czekał na ciebie do pierwszej. Potem sam zrobię. Do widzenia!
— Idź do diabła! — krzyknął za nim Wroński.
Zatrzymał się zamyślony w środku pokoju. Jak długo tak stał, nie wiedział. Nie mógł sobie przypomnieć, żeby o czymś myślał.