Usiadł znowu, ujął jej ręce, gładził je pieszczotliwie, potem wstał i, nie mówiąc słowa, wyszedł.
Na schodach całkiem odruchowo pomacał kieszenie.
— Dla Boga, nie mam zapałek!
Wrócił i znowu stał długo na środku pokoju.
Przeraził się.
Jeśli tak dalej pójdzie, pochwycą mnie, nim dojdę do ratusza, myślał z rozpaczą. Muszę teraz wytężyć wszystkie siły, muszę czuwać na sobą.
Ożywił się, szukał niepotrzebnie bardzo długo zapałek i zdawało mu się przy tym, że pokonał już szczęśliwie kilka przeszkód, włożył je do kieszeni, przekonawszy się dokładnie, że nie jest dziurawa, potem chciał zgasić lampę, ale namyślał się bardzo długo, chociaż nie wiedział, czemu by jej nie miał zgasić, i wyszedł.
Dopiero później dręczyła go myśl, że zapomniał zamknąć drzwi.
IV
— Boże, Boże, jak ty wyglądasz?