Znowu pogrążył się w głuchym, sennym dumaniu. Tylko chwilami czuł, jak myśl jakaś powoli przekradała się przez mózg... zupełnie jak pęknięty balon, który chwilę wlecze się po ziemi, aby potem znowu na jakimś miejscu się zakołysać.

Przeszła chwila.

Nagle wchodził po starych schodach. Schody wydawały mu się dziwnie znane. Czytał nazwiska kart151 przybitych na drzwiach i te także wydawały mu się znane. Musiał je już dawniej czytać...

W sercu miał bezgraniczną rozpacz; nie rozumiał, dlaczego tak rozpaczał, czuł tylko ból i nienawiść, czuł, jak rosła potężniej i potężniej. Zatrzymał się, nie wiedział, gdzie się znajduje... Wtem naraz: był naturalnie w swoim własnym domu!

Przeraził się. Po co szedł do domu? Ale zdawało mu się, że jakaś obca moc go pędzi. Krok za nim wyrastał jakiś mur w nieskończoność, tuż za jego plecami szedł krok w krok za nim niebotyczny mur.

Musiał iść wyżej, a mur zdawał się iść za nim krok w krok.

Stał na olbrzymiej wieży. W dole zionęła otchłań. Zejść nie mógł. Nagle uświadomił sobie, że wieża nie miała schodów; błyskawicą wystrzeliła z ziemi152, a on stał teraz w najwyższym pokoju, w pustym, samotnym153 poddaszu. Niebo paliło blachy dachu tak, że nie mógł oddychać, potem znowu się oziębiło; marzł, drżał jak osika, zęby szczękały mu z zimna.

Nagle usłyszał krzyk dziecka... Niósł je w ramionach. Dziecko krzyczało, zdawało mu się, że gardło154 musi mu pęknąć. Krzyk wiercił mu boleśnie uszy; cierpiał, jak nigdy jeszcze w życiu...

Chciał uciec, nie mógł; doznawał wrażenia, że nigdy nie pozbędzie się tego dziecka, nigdy, nigdy... Krzyk stawał się coraz jaskrawszy155, coraz ostrzejszy, dziecko ciężało156 bardziej i bardziej, zaledwie157 mógł je jeszcze utrzymać...

Wtedy błyskawicą przebiegła mu głowę myśl: „Zabij je! Zabij!”.