Obejrzał się wkoło, szukając czegoś, czym by je mógł zabić: nic nie znalazł. Rzucił się ku dziecku; chwycił je ze zwierzęcą wściekłością, podarł mu koszulkę, zimno w jednej chwili zmroziło małe ciałko.

Dziki tryumf huczał w jego nerwach; pochwycił dzban zimnej wody i wylał ją na dziecię.

Dziecię przestało krzyczeć. Zapanowało palące, szatańskie milczenie158, tylko dwoje oczu zamierającego dziecięcia żarzyło się; widział jego śmiertelny159 uśmiech.

Nagle dziecię skoczyło w górę... Nie... dziecię... dziki kot. Rzucił się na niego, wpił mu się pazurami w gardło... Ostap oderwał go, czując, że rwie kawały własnego ciała, uchwycił kota rękami, rzucił go na ziemię, deptał nogami, ale rozszalałe zwierzę kąsało, drapało, rozdzierało mu ciało...

Wtedy chwycił skądś w ręce żelazną sztabę i bił zwierzę z rozpaczliwą siłą. Kot krzyczał i jęczał jak dziecię... Ostap bił jak szalony, nic nie widział, nic nie słyszał, czuł tylko, że kot jeszcze żyje, że nigdy się go nie pozbędzie: już na nowo skoczył na niego, wgryzł mu się silnie w twarz...

Zbudził się. Zęby szczękały mu gwałtownie. Słyszał przeciągłe, gardłowe tony, nie mógł zapanować nad swoją twarzą: każdy mięsień, każdy nerw rwał się wśród straszliwej boleści.

Skoro160 oprzytomniał, siedział skulony w kącie, tuż przy piecu.

Porwał się z dziką rozpaczą.

Aha! Teraz zbliża się obłęd! Aha! Aha!

Chciał zapalić lampę, ale ręce drżały mu tak, że klosz wypadł mu z ręki i rozprysnął się w tysiące kawałków.