Panowie wzięli karty do rąk.
— Ale dzisiaj nie można się spuścić165 na nikogo — westchnął burmistrz, zagrywając.
Panowie grali w najgłębszym milczeniu.
Nagle wdarł się do pokoju dziki okrzyk: „Ogień! Ogień!”.
Jakiś człowiek zadyszany wpadł do pokoju!
— Panie burmistrzu... fabryka się pali... fabryka...
Na ulicy panowało niedające się opisać zamieszanie. Straż pożarna ochotnicza biegała bezradna tu i tam.
— Woda zamarzła! — wrzasnął ktoś na burmistrza, jakby mu chciał robić wyrzuty.
Burmistrz stał śmiertelnie blady na ulicy, bez kapelusza; stracił zupełnie przytomność.
— Tutaj, wuju... bierz moje konie i jedź prosto do fabryki... Ja...