Gordon pobiegł do magazynów gminnych, gdzie leżały przybory do gaszenia.
Tutaj skłębił się tłum ludzi. Jedni drugim stawali w drodze. Właściwi strażacy ledwie mogli się przecisnąć.
Gordon rozwinął zadziwiającą energię.
Udało mu się zaprowadzić porządek, rozdzielał rozkazy, natychmiast sprowadzono konie, w kilka minut później straż pędziła ku fabryce.
Niezliczony tłum otaczał miejsce pożaru. Fabryka stała w płomieniach. Paliła się na wszystkich rogach. Wciąż nowe słupy ognia wybuchały na najrozmaitszych miejscach. O zlokalizowaniu ognia nie było mowy. Odrobina sprowadzonej wody wyczerpała się w jednej chwili...
— Wody! Wody! — krzyczał podniecony tłum.
Zamieszanie rosło z każdą minutą. Wszyscy biegali tu i tam, krzyczeli, rozkazywali, lżyli się wzajemnie. Na próżno starał się Gordon otrzymać166 przewagę. Żaden człowiek nie słuchał go więcej167.
W końcu udało się sprowadzić większą ilość wody, ale nie było już co ratować. Olbrzymi gmach fabryczny stał cały w płomieniach. Ogień podłożono widocznie równocześnie w kilku miejscach.
Obok właściwej fabryki stały wielkie składy drzewa, nieco dalej leżała gorzelnia. Składy były już objęte płomieniami i spaliły się prawie w okamgnieniu. Musiano pozostawić fabrykę jej losowi, a wszelkie siły wytężono na gorzelnię, aby ją zabezpieczyć przed ogniem.
Żar był tak straszny, że nie można się było prawie zbliżyć; prócz tego okazało się, że większa część narzędzi ratunkowych była nie do użycia. Węże były widocznie rozcięte lub polane gryzącą cieczą, bo pękały jeden za drugim, a małe sikawki, które przybyły na pomoc z sąsiedztwa, niewiele mogły pomóc.