Serce przestało mu uderzać. Czy słyszał jęk dzwonów? Nie był pewny. Boże! to zapewne tylko szum krwi uderzającej do głowy.

Czekał. Przeszła wieczność. Starał się opanować, ale nie zdołał.

A bicie dzwonów huczało mu w uszach coraz silniej: długi, ponury jęk.

Nasłuchiwał...

Nie mylił się!

Mechanicznie otworzył konwię187, zakołysał nią w powietrzu; ale siły go opuściły, upadł z blaszanką na ziemię.

Zerwał się188, wylał naftę na kupę papieru, drżącymi, gorączkowo drgającymi rękami,189 wyszukał zapałki, ale dygotał tak silnie, że nie mógł zapałki potrzeć o pudełko. Wreszcie udało mu się zapalić. Odruchowo cofnął się kilka kroków i rzucił zapałkę; w okamgnieniu wybuchnęły płomienie.

Rzucił się ku wyjściu. Ale nie mógł otworzyć drzwi. W tej samej chwili przypomniał sobie, z jakim trudem je otworzył, nim wszedł... Nie pamiętał już, jak je otworzył... Tracił przytomność... dym dusił go... Zdjęty śmiertelną trwogą szarpał drzwi obiema rękami, rozkrwawił ręce o zardzewiałe zawiasy starego zamku... Z dziką rozpaczą rzucił się na nie, szarpał nimi, uderzał pięściami, kopał nogami... na próżno.

Wtedy zaczął krzyczeć wśród śmiertelnej trwogi. Jak zwierzę. Tak, że płuca się rozdzierały. Kaszel go dusił.

Płomienie szerzyły się z błyskawiczną szybkością. Lizały mu już nogi. Bezwiednie zerwał z siebie ubrania, rzucił je na ogień, starał się go stłumić; pracował z ostatnim wysiłkiem, chwytał wszystko, co mu wpadło pod rękę, i rzucał w płomienie.