Czekał, drżąc. Trwoga rosła i rosła.

A może Stefan pobiegł do willi wprost przez pole?

Ale w takim razie musiałbym go bezwarunkowo spostrzec...

Uczepił się jednak silnie tej myśli, chociaż sam w nią nie wierzył.

A może poszedł przez miasto...

Niemożliwe! niemożliwe! Wszystko było tak ułożone, że mógł iść tylko tą drogą...

Nagle uczuł z niezachwianą pewnością, że Stefan zginął w ratuszu... Zapomniał o ostrożności, popadł w taki stan zrozpaczenia, że teraz wszystko — wszystko było obojętne. Gdyby go teraz ktoś zapytał, czy te wszystkie pożary są jego dziełem, dałby bez wahania twierdzącą odpowiedź.

Zastanowił się.

Czy rzeczywiście powiedziałby: „Tak”?

Wzdrygnął się. Znowu192 przyszedł mu na myśl kanarek.