Nagle194 zdjęła go trwoga, krew uderzyła mu do głowy.

— Przecież Pola chora! — przeczucie strasznego nieszczęścia, jakie mogło spotkać Polę, wprawiło go w gorączkowy strach.

Słyszała naturalnie o pożarze. Gdyby coś przeczuwała... Ale gdzież jej miał szukać?

Naturalnie będzie przy ratuszu!

Wybiegł na ulicę. Nie myślał już o środkach ostrożności, jakie w planie ułożył. Właściwie nikt nie powinien by go teraz widzieć tutaj...

Ach szaleństwo195! Któż teraz będzie na to zwracał uwagę, pomyślał, uspokajając się.

Wszystkie ulice były zapchane natłokiem ludzi. Wszystkich ogarnęła bezgraniczna panika, krzyczeli i płakali, i biegali nieprzytomni dokoła.

Rozeszła się pogłoska, że całe miasto ma spłonąć. Pogłoska stawała się pewnością. Gordonowi wydawało się, jakby wpadł w piekło. Z wielkim trudem przedostał się do ratusza.

Straż ratunkowa utworzyła tu łańcuch, aby zapobiec nieszczęściu przy waleniu się gmachu. Ale łańcuch przerywano co chwilę: każdy chciał ratować i wprowadzał przez to jeszcze większe zamieszanie.

Jakiś pan wzywał do spokoju: straż pożarna z sąsiedniego miasta przybywa. Ale nikt go nie słuchał. Pewność zagłady była tak wielka, że nikt nie żywił już żadnej nadziei.