Z domów graniczących z ratuszem wyrzucano na ulicę pościel i sprzęty. W bezmyślnym pośpiechu starano się coś uratować, ale już straszliwe morze płomieni zalało przyległe domy.

— Do kościoła! Do kościoła! — krzyczał jakiś człowiek... — Boga prosić o zmiłowanie...

Tłum odsłonił głowy i równocześnie zabrzmiała straszliwa pieśń, hucząca szaleństwem przestrachu. To już nie był śpiew, lecz łkający orkan: „Pod Twoją opiekę”...

Tłum z wolna kołysał się ku kościołowi. Nikt już nie myślał o ratowaniu ratusza i przyległych domów. Tak czy tak, było to niemożliwością196. Sikawki nie dawały się użyć, a wiadrami nic nie można było zrobić.

Gordon widział i słyszał wszystko; zimny dreszcz przebiegł mu ciało. Nie wiedział, co się z nim działo i serce biło gwałtownie, a gardło miał jakby skrępowane.

Porzucił myśl szukania Poli.

Wtem zabrzmiał nagle głośny krzyk radości:

— Straż! straż!

Nie wiedziano, skąd przybywa. Uwierzono w cud... Po upływie niecałych pięciu minut zaczęła pracować dobrze wyćwiczona straż pożarna.

Zostawiono ratusz na pastwę pożaru, przyległe domy paliły się już jasnym płomieniem; usiłowano tylko powstrzymać dalsze szerzenie się ognia.