Ale zaledwie minął kwadrans, tłum wybuchł nowym jękiem rozpaczy:
Willa Kortumów się pali!
Gordon zadrżał z radości: więc Stefan żyje!
Zdawało mu się, że jakaś obca siła wpływa mu w duszę.
Znowu był silny. Lecz Polę musiał jeszcze znaleźć...
Jest naturalnie u Heli, pomyślał.
Wpadł w kłąb ludzi, który wił się, nie mogąc się ruszyć z miejsca.
Wiadomość, że willa się pali, spotęgowała jeszcze rozpacz. Zdawało się, że dzwony jeszcze potężniej jęczały, śpiew, zamilkły na chwilę, podniósł się z nową, straszliwą siłą.
Gordon nie mógł dłużej słuchać tych jęków rozpaczy. Wydobył się z tłumu i przez boczną uliczkę dostał się na rynek. Cały rynek był zapchany ludźmi; klęczeli przed posągiem świętego Wojciecha i śpiewali. Wynoszono obrazy świętych i wieszano je na domach.
Pieśń się skończyła.