Jakiś robotnik zaczął głośno odmawiać litanię do Panny Maryi...
Słychać było tylko refren, który tłum z płaczem i jękiem rzucał ku niebu: „Módl się za nami! Przyczyń się za nami!”.
Każdej chwili oczekiwano wieści o nowym nieszczęściu; fanatyczna ekstaza śmierci i zniszczenia doprowadzała tłum do obłędu. Nikt nie myślał już o ratowaniu swej własności; pewność, że całe miasto stanie się pastwą płomieni, ubezwładniała197 wszelką zdolność myślenia. Rozniosło się, że za pół godziny zapłonie starostwo. Oczekiwano wszystkiego z głuchą rezygnacją. W jakimś oknie zabłysło światło; natychmiast uwierzono, że dom zaczyna się palić.
Panika zniszczyła wszelkie rozumowanie. Nie było już nadziei. Bóg przeklął i opuścił miasto. Bez ratunku było skazane na spalenie...
Miejsca! Miejsca! Przenajświętszy Sakrament!
Od strony kościoła toczyła się procesja. Na czele szedł młody kapłan pod baldachimem z monstrancją w rękach.
Nowy śpiew, nowy jęk rozpaczy:
„Kto się w opiekę odda Panu swemu”...
Zapanowała cisza. Słychać było tylko okrzyki straży pożarnej przy ratuszu.
Ksiądz podniósł monstrancję.