Lud rzucił się na ziemię, znaczył krzyżem i bił w piersi.

Było jasno jak we dnie.

Gordon stał jak zdrętwiały przed jakimś domem, patrzył na straszne widowisko i rozmyślał. Jego dusza ogłuchła. Nie myślał już o Poli. Zdawało mu się, że Pola przestała istnieć. Chciał tylko uciekać, daleko — daleko uciekać...

Ale dokąd?

Naturalnie do Stefana. Musiał przecież teraz już być w domu.

Z pewnym zadowoleniem myślał o tym, że nikt się nie troszczył o willę Kortumów. Pies, który pozwolił Stefanowi umierać z głodu, poniesie największe szkody.

Miał chęć rozśmiać198 się głośno.

Rozpacz ludzi wydała mu się nagle taka śmieszna.

Ta odrobina ognia! pomyślał z pogardą.

Ta odrobina ognia! powtórzył i uczuł wstręt.